"Przejście Pana w miasteczku Darłowo"

Gdańsk 1999, ss. 158, wyd. Katolickie Stowarzyszenie Jezus żyje.

"Taniec i śmierć"  Fragment (str.78-80)

„Flet, cytry, lutnie, bębny – królewska kapela dzisiaj na przedzie. Muzyka porywa biesiadników. Oto tańczy księżniczka Salome. Kielichy puste. Ogień i burza, i cicha woda, motyl w kolorze tęczy. Wszystkie żywioły i wszystkie uczucia! Oprócz tego najważniejszego. Salome, tańcz! Nie daj melodii odpłynąć, nie daj zastygnąć ciału! Na skraju pustyni taniec o szczęściu. Królu, przedłuż ten sen!

- Bogini serc, weź połowę królestwa!
- Nie, nie chcę ziemi, chcę życia!
- Królu, zaczekaj z decyzją! Czy z powodu tańca, który cię zachwycił, ma umrzeć człowiek?
- Człowiek może umrzeć z każdego powodu. Widzę, że celem tego tańca była śmierć.
- Królu, niech twój zachwyt zamieni się w szczęście innych, nie okrywaj ludu żałobą!
- Nie wiem, co to jest szczęście.
- Zabijesz sprawiedliwego.
- Sprawiedliwi są niebezpieczni.
- Odtąd taniec stanie się dla ciebie przekleństwem.
- Już od dawna przekleństwo nie odstępuje mnie, jesteśmy przyjaciółmi.
Światło oświetla zimne kamienie – to jeszcze nie światło słońca.

- Czy to Ty, Synu Dawida?
- Nie, nie, proroku. To ja, kat – ktoś pragnie twojego życia. Janie, czy wiesz, że kiedyś cię szukałem?

Wody Jordanu patrzyły na mnie obojętnie. Słońce natomiast traktowało mnie jak wroga. Przyszedłem za późno. Mówili: zabrali Go. Jeszcze inni stali nad brzegiem, pokazywali ręką – tędy. A mnie drażniło moje własne imię. Już od dawna piękno zamieniam w brzydotę zupełnie bezwolnie. Wesoła pieśń ucieka przede mną jak spłoszony ptak. Nie potrafię się zachwycać. Podniósł się we mnie bunt. Przeciw komu? Przed kim mam wyznać mój grzech? Woda zabiera resztki nadziei razem z liściem oderwanym od łodygi kwiatu. I wtedy usłyszałem: jacyś ludzie z Galilei mówią o zbawieniu. Idź w górę rzeki!

- Poszedłeś? To był Jezus.
- Nie poszedłem. Twoje uwięzienie odebrało mi siłę. Stałem się pustką.
- Nie ma takiej pustki, której by Bóg nie chciał wypełnić. Nie wolno wątpić w Jego moc. On, aby stworzyć świat, posłużył się nicością.

Szedłem obcy przez ziemię jałową, skały ze mnie szydziły złe, że na próżno: stamtąd wszyscy wyszli. Niosłem bukłak z wodą i na plecach, w worku, suchary oraz księgę, a w niej takie zdanie: „Idź dalej!”. Jednak zjadłem cały chleb i wypiłem całą wodę, zanim doszedłem do środka pustyni. Czy o to chodziło, żebym, nic w worku nie miał?

Janie, oddałeś Mu rodzinę i dom – a On cię opuścił.
Jadłeś szarańczę i miód leśny – a On cię opuścił.
Zamiast miękkiej szaty nosiłeś wielbłądzią skórę – On zapomniał o tobie.
Wskazałeś Go ludowi – teraz wszyscy idą za Nim.

Dosyć! Już raz powiedziałem: Ten, kto ma oblubienicę, jest oblubieńcem; a przyjaciel oblubieńca, który stoi i słucha go, doznaje najwyższej radości na głos oblubieńca. Ta zaś moja radość doszła do szczytu. Potrzeba, aby On wzrastał, a ja się umniejszał. (J 3,29-30).

- Janie, pozwól, że pójdziemy i spytamy Go: dlaczego zapomniałeś o Tym, którego prosiłeś o chrzest?
- Nie On nie zapomniał. Gdybym przestał Mu ufać, przestałbym żyć.
- Herod już wydał na ciebie wyrok, umrzesz z jego ręki.
- Jest śmierć i śmierć.
- A więc powiemy Mu tylko: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? (Mt 11,3).
- Janie, rozkaz króla przynagla.
Kat bierze topór. Cichną flety, cytry, lutnie, bębny, przerwa w tańcu.
- Kacie, gdy spełnisz swoją powinność, odszukaj Jezusa. To ten, o którym mówiłem: Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów(Mk 1,7). Musisz koniecznie powiedzieć Mu: Jan do końca wierzył, że zbawisz lud swój od jego grzechów (por. Mt 1,21).

Widziałem, jak zstąpił na Niego Duch i słyszałem głos z nieba: Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie. (Mt 3,17).

Krew, wielka kałuża krwi rozlewa się po kamieniach.
Uczniowie Jana, ja Herod, chcę wam powiedzieć, że wasz Mistrz przesadził z tą krytyką króla, zawsze starałem się i będę się starał, aby w moim państwie przestrzegano tolerancji. (…)

 

"Nazaretanie"- Fragment (str.81-83)


Nie należy jednak sądzić, że Jezus nie podobał się tylko wielkim tego świata. Poddani Heroda z miasta Nazaret, prości ludzie, którzy znali Jezusa od dziecka, zachowali się wobec Niego jeszcze gorzej. Po chrzcie w Jordanie Jezus nie powrócił prosto do Nazaretu, najpierw zatrzymał się w Kanie Galilejskiej, a później widzimy Go działającego w Kafarnaum. Do Nazaretu przybył poprzedzony już sławą cudotwórcy. Zapewne wszyscy w Nazarecie czekali na Niego z niecierpliwością.

Kiedy po miasteczku rozeszła się wieść, że przybył Jezus i prawdopodobnie w szabat zabierze głos w synagodze na nabożeństwie, o niczym więcej już nie mówiono, a na nabożeństwo przybył wielki tłum, jak nigdy. Ludzie mieli różne zdania na temat działalności Jezusa. Zgadzano się tylko co do jednego, że do czasu przyjęcia chrztu od Jana Chrzciciela Jezus nie mówił o sobie, że jest kimś nadzwyczajnym. Co mogło się stać? Wielu mieszkańców Nazaretu również było uczniami Jana i w głowie im się nie przewróciło. Wiedziano dobrze, że Jezus nie studiował Biblii. Czy potrafi komentować święte teksty?

I oto jest w synagodze. Po odśpiewaniu psalmów przełożony synagogi już wcześniej powiadomiony, że Jezus chce przemówić, podają Mu zwój Pisma Świętego. Jezus ma trzydzieści lat, ma prawo nauczać, jest dojrzałym mężczyzną. Rozwija zwój i czyta:

Duch Pański spoczywa na Mnie,
ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie,
abym ubogim niósł dobrą nowinę,
więźniom głosił wolność,
a niewidomym przejrzenie;
abym uciśnionych odsyłał wolnymi,
abym obwoływał rok łaski od Pana(Łk 4,19).

Św. Łukasz pisze: Zwinąwszy księgę oddał słudze i usiadł; a oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione. Począł więc mówić do nich: „Dziś spełniły się te słowa, któreście słyszeli” (Łk 4,20). Dalej tenże ewangelista pisze, że obecni w synagodze przytakiwali słowom Jezusa; musieli więc słyszeć nie tylko o cudach w Kanie Galilejskiej i w Kafarnaum, ale także o świadectwie Jana Chrzciciela odnośnie Jezusa. Wszyscy są zaskoczeni sposobem, w jaki Jezus przemawia: mówi płynnie, nie szuka słów, nie powtarza się, jest pewny tego, co mówi. Ale po jakimś czasie sytuacja się zmienia, zachwyt przechodzi w niechęć, mieszkańcy Nazaretu zaczynają rozumieć, że Jezus czyni się Mesjaszem. Co to znaczy: Duch Pański spoczywa na Mnie? Zaczęto Go pytać, dlaczego nie uzdrowił nikogo w swoim rodzinnym mieście? Obecni w synagodze podzielili się na zwolenników i przeciwników Jezusa, nawet niektórzy z Jego rodziny byli przeciwko Niemu. Przewodniczący synagogi, uczony w Piśmie, zarzucił Jezusowi, że wprowadza ludzi w błąd; mówił, że Mesjasz ma przyjść z pustyni, nikt nie będzie znał Jego rodziny ani miejsca zamieszkania. Pewność siebie Jezusa coraz bardziej drażniła go. Czyż to możliwe, żeby Bóg wybrał jakiegoś syna cieśli na zbawiciela narodu? On uciśnionych odeśle wolnymi? Dlaczego Jezus nie zechciał porozmawiać wcześniej na ten temat z nim - przełożonym synagogi? Jezus sugeruje, że zna lepiej Pismo niż on, jakkolwiek nigdy go nie studiował. Tymczasem wiele osób wstało z miejsc i podeszło do Jezusa. Zaczęto zarzucać Go pytaniami. Nabożeństwo zamieniło się w hałaśliwe zgromadzenie jak na bazarze. W końcu przełożony synagogi nakazał Jezusowi opuścić synagogę.

Panie, dlaczego ludzie, którzy znali Cię od dziecka nie mogli uwierzyć, że ich czymkolwiek przewyższasz? Czy naprawdę przez te trzydzieści lat nie różniłeś się od nich niczym? Jak mogłeś się od nich nie różnić? Przecież Ty byłeś święty, byłeś doskonały pod każdym względem. Czy ktoś wypełniał Prawo tak jak Ty? Czy ktoś kochał bliźniego tak jak Ty, prawdziwą miłością, o której pisze św. Paweł, miłością, która jest: „cierpliwa, łaskawa, nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma”? (1 Kor 13,4-7).

Doskonałość ma to do siebie, że jest zwykła. I dlatego trudno ją zauważyć. To pycha szuka niezwykłości i chce się wyróżniać. Trzeba samemu umieć kochać, aby zauważyć prawdziwą miłość. Można żyć z drugim człowiekiem w tym samym domu, ale widzieć tylko siebie.

Gdy Ja uwielbiałem Ojca zachwycony pięknem świata, lilią przy drodze, niebem pełnym gwiazd, gdy Ja szukałem czystości w oczach i dobroci w sercach, oni szukali dowodów na to, że są lepsi od innych. Czy mogłem im w tym pomóc? Nasze drogi ciągle się rozmijały.

Panie, oni nie mogli zrozumieć, że żyłeś tak długo wśród ich ubogich, pokrzywdzonych, chorych - i nic. Słyszałeś ich płacz i nie zamieniłeś go w śmiech. To ich mogło zgorszyć.

Wiesz, co odpowiedziałem uzdrowionemu paralitykowi przy Sadzawce Owczej? - Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przytrafiło (J 5,14).

Ale przecież nie wszyscy, którzy płaczą - ciężko zgrzeszyli.

Błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi (Mt 11,6).

Nazaretanie siłą wyprowadzają Jezusa z synagogi, wyrzucają z miasta, grożą śmiercią.

Nie żałuj nikomu łaski Boga, ponieważ Boga zmartwisz. Jeżeli Bóg kocha twojego wroga, to pomimo wszystko lepiej dla ciebie.

 

"Bogaty młodzieniec"- Fragment (str.81-83)


Bogaty młodzieniec od czasu spotkania z Jezusem w Galilei nie mógł nigdzie znaleźć spokoju, ciągle przypominała mu się rozjaśniona twarz Jezusa i Jego ledwo zauważalny, ale niewątpliwy uśmiech wyrażający wielką sympatię, kiedy usłyszał od niego - młodzieńca - że przykazania Boże zachowuje od dziecka. Znajomi, świadkowie tego spotkania, mówili mu później, że Jezus spojrzał na niego z miłością. Tak, bogaty młodzieniec nigdy jeszcze nie doświadczył takiej mocy spojrzenia, jak wtedy, i takiej przenikającej aż do głębi serca radości czy światła. Wydawało mu się, że na niebie świecą jednocześnie słońce i gwiazdy, że pustynia rozkwita jak ogród, a w małych miasteczkach nad jeziorem słychać pieśni jakby wesela. Co by dał, żeby jeszcze raz przeżyć taką chwilę! Był pewny jednak, że to się już nigdy nie powtórzy. Nie może stanąć przed Jezusem.

Już od dawna dzień zaglądał przez małe okienko, a on ciągle siedział przy stole nad kawałkiem papirusu. Noc mu zeszła jak jedna chwila. Znowuż wraca do początku. Jak to się zaczęło?

Dobrze pamięta, że kiedy słuchał kazania Jezusa, pociągała go do Niego jakaś wielka siła, a gdy Jezus wstał i zaczął iść w kierunku jeziora otoczony uczniami, postanowił podejść do Niego jak najbliżej i zapytać Go o cokolwiek. Później przyszła refleksja: dlaczego o cokolwiek? - zapytam się, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne. Nie wszyscy w Izraelu wierzyli w życie wieczne, znał takich wielu, którzy mówili: życie wieczne to mrzonki, nie uciekaj od rzeczywistości, ciesz się tym, co masz. Zresztą nawet mądry Kohelet poucza:

Wszyscy żyjący mogą mieć jeszcze nadzieję -
bo lepszy jest żywy pies
niż lew nieżywy -
ponieważ żyjący wiedzą, że umrą,
a zmarli niczego zgoła nie wiedzą,
zapłaty też żadnej już więcej nie mają,
bo pamięć o nich idzie w zapomnienie.
Tak samo ich miłość,
jak również ich nienawiść, jak też ich zazdrość -
już dawno zanikły,
i już nigdy więcej udziału nie mają żadnego
we wszystkim, cokolwiek się dzieje pod słońcem(Koh 9,4-8).

Takiego zdania byli saduceusze, ale bogaty młodzieniec wierzył raczej faryzeuszom, którzy przyjmowali istnienie życia po śmierci, czuł intuicyjnie, że tak powinno być. Kohelet wyraża w tych słowach - jakkolwiek natchnionych - ludzkie doświadczenie, a cóż może człowiek żyjący na ziemi powiedzieć o życiu poza grobem? Potrzeba kogoś posłanego przez Boga, aby wyjaśnić do końca nasze przeznaczenie. Jezus to właśnie czynił. Bogaty młodzieniec słuchał nauk Jezusa z zapartym tchem, wydawało mu się, że czekał na nie od zawsze. Jezus bowiem nauczał, że życie nie kończy się śmiercią.

Przypomina sobie, jak kiedyś Jezus powiedział: Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie (Mt 5,11). Wtedy, nad jeziorem, przepychając się w stronę Jezusa, postanowił ostatecznie zapytać się o to, jak ma żyć, aby osiągnąć życie wieczne. Szedł nie spuszczając Jezusa z oczu, już zrównał się z uczniami, zaczął ich mijać i wreszcie znalazł się obok Niego, ale nie śmiał Go zatrzymać, wybiegł nieco do przodu i rzucił się przed Nim na kolana. A potem wyrecytował długo układane pytanie: Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? (Mk 10,17). Jezus stanął przed nim i odpowiedział pytaniem: Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg.

Bogaty młodzieniec często zastanawiał się nad tymi dwa zdaniami Jezusa. Dlaczego tak powiedział? Przecież On jest dobry. To się widzi w każdym Jego geście i słowie, nawet kiedy podnosi głos, kiedy ostrzega, grozi. Mało tego, przy Jezusie wszyscy wydają się być dobrzy, dobro staje się tak naturalne jak oddychanie.

Może Jezus chciał przy tej okazji pouczyć, że wszelkie dobro pochodzi od Boga, a człowiek jest na tyle dobry, na ile otworzył się na działanie Boga w sobie. I jeszcze jedno: tylko na Bogu nie zawiedziesz się - chyba, że człowiek jest pełen Boga.

Potem Jezus dodał: Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę.

Bogaty młodzieniec pamięta, że odpowiedział Jezusowi: Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegam od mojej młodości. Gdy to mówił, nadal przed Nim klęczał, nie zwracał uwagi na to, jak patrzyli na niego ludzie. Nikt poza Jezusem nie był wtedy dla niego ważny.

A potem stało się coś, co zaczęło go gryźć jak robak: Jezus spojrzał na niego z miłością i rzekł: Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!

To było tak niespodziewane, że młodzieńca jakby sparaliżowało. Spodziewał się pochwały, a tymczasem Jezus zaproponował mu utratę majątku i życie w niepewności, życie wędrowca bez solidnego oparcia w rodzinie, klanie. Nie wiedział, co ma powiedzieć, posmutniał, wstał w milczeniu z trudem, jakby dźwigał na sobie wielki ciężar. Zeszedł z drogi Jezusowi. Minęli go uczniowie, minął go idący za Jezusem tłum. Miał żal do siebie, że nie potrafił odpowiedzieć pozytywnie, i miał żal do Jezusa, że tak wiele od niego zażądał. Kiedy został sam, rozpłakał się: Nauczycielu, dlaczego żądasz ode mnie więcej niż od innych? Miałby utracić dorobek kilku pokoleń? Dorobek swojego dziadka, który bez pracy nie mógł przeżyć ani jednego dnia, ani godziny - a Bóg mu błogosławił przymnażając mu wołów i owiec - dorobek swojego ojca niezwykle utalentowanego i oszczędnego aż do przesady kupca. Jak by to przyjęła matka? Wpadłaby w rozpacz. Już widzi kpiący wyraz twarzy wuja Jakuba, który ciągle ostrzegał go: daj sobie spokój z tym prorokiem z Nazaretu, weź się za biznes, czeka kilka spraw do załatwienia. Jak by zniósł pogardliwe spojrzenie Sary? Sprzedaj wszystko, co masz! Przypomina sobie, że kiedyś Jezus powiedział dziwną przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę (Mt 13,44). Wtedy nie zastanawiał się nad tym zbyt długo. Myślał: człowiek ten sprzedał wszystko, ale też kupił więcej, w sumie zyskał. Teraz zaczął rozumieć, że skarb nie jest rzeczywistością doczesną. Będziesz miał skarb w niebie. Nauczycielu, czy można stawiać cały swój los na coś, co jest zakryte i nieznane? Bogaty młodzieniec obejrzał się za odchodzącym tłumem, a potem przyglądał się śladom stóp na piasku, śladom sandałów, podeptanej trawie. Znowuż ogarnął go smutek. Czuł, że coś stracił, ale nie wiedział dlaczego. Usiadł powoli na ziemi i podniósł twarz, zaczął się modlić: Boże ojców naszych, ja zawsze zachowywałem Twoje przykazania...

Bogaty młodzieniec od triumfalnego wjazdu Jezusa do Jerozolimy, w którym zresztą brał udział, ale gdzieś na końcu pochodu, daleko od oczu Jezusa, starał się nie stracić ani jednego z Jego przemówień w świątyni. Zawsze jednak chował się za innych, nie chciał, aby Jezus go rozpoznał - po prostu wstydził się. Czuł się jakiś wewnętrznie rozdwojony, nic go nie cieszyło, unikał nawet najbliższych w rodzinie, przyjaciół, ludzi, z którymi jeszcze do niedawna miał doskonałe relacje. Żadna sprawa, żadne wydarzenie nie wydawało mu się godne uwagi. Wokół czuło się jakieś napięcie, nadchodzące święta Paschy zapowiadały się w Jerozolimie jako czas być może historycznych przemian; wielu rozpowiadało na lewo i prawo, że Prorok z Nazaretu ogłosi w świątyni coś niezwykłego, na co naród w istocie czeka; inni z całą powagą twierdzili, że arcykapłani i Najwyższa Rada postanowili zmienić politykę w stosunku do Jezusa; według jeszcze innych triumfalny wjazd Jezusa do świętego miasta przeraził Piłata i można spodziewać się, że w najkrótszym czasie wycofa wojska z twierdzy Antonia. Bogaty młodzieniec dziwił się, że go te plotki nie pasjonowały, natomiast od kilku dni nie dawała mu spokoju myśl, żeby napisać krótki list do Jezusa i przesłać Mu przez jednego z Jego uczniów.

Nad tym listem trudził się całą noc: poprawiał, przepisywał, wreszcie stwierdził, że nic lepszego już nie ułoży. Podszedł do okna i przeczytał go jeszcze raz: Panie! Chciałem zacząć budować na skale, wszystko jednak wypada mi z rąk, nie mogę położyć kamienia na kamieniu. Chciałem iść za Tobą, gdziekolwiek pójdziesz, ale droga mi się urwała. Przede mną przestrzeń na pół świata. Nie umiem latać. Chciałem się modlić do Ojca w niebie, jak nas uczyłeś, ale słowa modlitwy poszły za Tobą. Zostałem sam. Nie mogę trafić do Twojej zagrody. Szukaj mnie! Jestem zagubioną owcą.

Teraz należało nieco odpocząć a po śniadaniu udać się do świątyni, gdzie - miał nadzieję - na pewno spotka Jezusa ze swoimi uczniami. Leżąc już na posłaniu i prawie zasypiając myślał, któremu z uczniów Jezusa ten list wręczy: czy temu z długą brodą o ascetycznej twarzy, czy temu, w średnim wieku, pełnemu energii, który robi wrażenie pierwszego po Jezusie; czy może temu najmłodszemu - Janowi. Ten z kolei wydaje się być bardzo sympatyczny i chętny do udzielenia pomocy. Obudził się jednak później niż planował, już dochodziło południe. Wyszedł ze swojego obszernego domu w górnym mieści i udał się prosto w kierunku pałacu Hasmonejczyków, aby następnie skręcić w prawo i wejść na dziedziniec świątyni przez jedną z bram Huldy. W drodze zmienił zdanie: postanowił udać się najpierw pod twierdzę Antonia w północno zachodnim narożniku świątyni, a więc po jej przeciwnej stronie i sprawdzić, czy nie dokonują się jakieś ruchy wojsk rzymskich. I właśnie tam, na wąskiej uliczce niedaleko twierdzy natrafił na prowadzonych przez oddział rzymski trzech skazańców, którym towarzyszyli arcykapłani, grupa członków Sanhedrynu i spory tłum ludzi. Przed jednym ze skazańców, który miał okropnie zakrwawioną szatę a na głowie wieniec z cierniowych gałązek, żołnierz niósł tabliczkę z napisem „Jezus Nazarejczyk Król Żydowski”, za Nim szedł jakiś mężczyzna z krzyżem. Bogaty młodzieniec rozszerzonymi z przerażenia oczami wpatrywał się w nadchodzący pochód, ogarnęła go tak wielka słabość, że musiał oprzeć się o ścianę domu. W pierwszej chwili chciał uciekać, ale nie mógł się ruszyć. Potem jednak przyszła refleksja: nie, nie możesz uciekać, powiedz Jezusowi to, co powinieneś! Co mam powiedzieć? Jezus już był prawie przy nim, może o trzy kroki; miał spuchniętą i pokrwawioną twarz, spuszczony wzrok, z trudem oddychał, coraz bardziej pochylał się. Bogaty młodzieniec nabrał w płuca powietrza jakby chciał zakrzyknąć, ale na krzyk zabrakło mu sił, a może odwagi, tylko wyszeptał: Nauczycielu dobry! Jezus odwrócił głowę jakby usłyszał ten szept, jednocześnie zachwiał się i upadł całym ciałem, bezwładnie, jak podcięte drzewo. Zaraz otoczyli Go żołnierze. Pochód zatrzymał się. Młodzieniec był przekonany, że Jezus umarł. Ogarnęła go rozpacz, stał oparty o ścianę, ręką przysłonił oczy i powtarzał w koło to samo: Boże mój, Boże mój! Nagle jak błyskawica pojawiło się pytanie: Czy teraz, na tej drodze powiedziałeś, że wszystko sprzedasz? Raz miał wrażenie, że powiedział, zaraz potem - że nie. Kiedy podjął taką decyzję? Boże mój! - jęczał - czy ja jednak przyrzekłem? Czy to zresztą nadal miałoby sens?

 

"Nie ma cudu"Fragment (str.110-111)


Serce Jezusa bije coraz słabiej. Jeżeli ucichnie, co się z nami stanie? Kto się ośmieli mówić o królestwie Bożym? Kto uwierzy w dobroć Boga? Już nadchodzi ciemność, już ogarnia świat; słońce traci swoją moc. Patrzcie! Wypala się. Żołnierze mieszają piołun z żółcią. Słychać wokoło bluźnierstwa. Nadchodząca śmierć pobudza do radości zatrute umysły. Zatruta radość. Nienawiść chodzi w parze ze śmiercią. Co to jest prawda? Niech żyje Barabasz. A Barabasz był zbrodniarzem (J 18,40). Morze zbrodni nie wyleje od jednej kropli. Nie chcemy innego świata. Niech Łazarz leży przy bramie, niech go liżą psy. Jeżeli jesteś Synem Bożym, zstąp z krzyża! Nie ma cudu. Ogłaszamy pokój i bezpieczeństwo.

Krzyż się położył cieniem na świat, pamięć zastygła w bólu. Gdzie iść, gdzie spocząć? Wszędzie czeka grób, wszędzie mówią - koniec. A przecież życie było w pełni sił, dopiero kwitły drzewa. Nie tak miał wyglądać sąd, przyłożono siekierę nie do tego korzenia. W samym środku ogrodu zadano cios, zatrzęsła się ziemia, krzyk się podniósł do nieba - i ucichł jak ptak, nagle. Już wstaje dzień podobny do wczoraj, czas nie leczy rany i coraz mniej światła. Znowuż ktoś szepcze: nie szukaj w niczym sensu, musisz ukochać śmierć. Nie wróci uśmiech na dziecka twarz, wszyscy ludzie się postarzeli. W oczach niepewność a obok lęk jak pies, wierny towarzysz. Nadzieje rosły przez lata trzy i w ciągu trzech nocy zwiędły. Olejki pachnące, flakon z alabastru, ogród pod miastem. Kto nam kamień odsunie? Szalone wiosny zapadły się w cień, upalne lata przeminęły z burzą. Fala łodzią kołysze, niepotrzebna sieć - nie będzie cudownego połowu. Po co zieleni się brzeg, po co pustynia okrywa się kwiatem? Chłopiec z rybami będzie siedział sam, nikt nie zechce też jego chleba. A w górach wybuchnie szatański śmiech, powrócą dwaj opętani. Kto nam odsunie kamień?

 

"Aby byli jedno"- Fragment (str.117-119)


Tunika zaś nie była szyta, ale cała tkana od góry do dołu. Mówili więc między sobą: „Nie rozdzierajmy jej, ale rzućmy o nią losy, do kogo ma należeć (J 19,23-24).

Tunika Jezusa tak była utkana, że nie można jej było podzielić. Jest to symbol. Tunika, szata najbliższa sercu, wyobraża niepodzielny Kościół.
Dziękuję Ci Maryjo, żeś tunikę utkała swojemu Synowi w tak misterny sposób! Nie zszywałaś jej z części, ale cierpliwie prowadziłaś nić jedną i tą samą od początku do końca. Dzięki Tobie nie poszarpano ją na łaty do starych płaszczy.
- Maryjo, czy nie chciałaś odebrać żołnierzowi tej tuniki? W czyje ręce dostała się! Widziałem na nich brud i krew.
- Jezus dał mi do zrozumienia, że nie tylko Jan, również ten żołnierz ma być teraz moim synem - i że moim zadaniem jest dawać, a nie odbierać.

Wszystko zaczęło się od Anioła. Był poważny na złotym tle. Podniósł rękę w geście pozdrowienia i rzekł: Pełna łaski. Niech pomyślę, co znaczą te słowa! Głos znajomy – nieznana twarz. Przed jego blaskiem słońce zasłoniło oczy, ale z Biblii proroctwa jak ciekawe dzieci wyszły, aby go zobaczyć.
- Pan z Tobą!
- Nie wiem jak to się stanie.
- Ależ Maryjo, powiedz - tak! Tu pisze: Oto Panna pocznie i porodzi Syna. Na słowo Boga powstał świat, niebo i ziemia. Twoja odpowiedź zapali światło jak w pierwszy dzień, Słowo stanie się Ciałem. Na wieki. Amen. To nic, że ktoś nie uwierzy. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła (Łk 1,45). Błogosławiony świat.

- Drzwi gospody zamknięte. I to wyjaśnienie: izby nasze wąskie, a przybyłych z daleka wielu – patrz, jaki tłum. Nieczęsto pieniądz tak sypie. Idź, siostro dalej, to nie nasza wina, że jesteś ostatnia.
- Wtedy pójdziesz przez ten oliwny gaj aż do szopy.
- Tam żłób tylko i zwierzęta.
- Ale On chciał mieć właśnie taką cichą noc.
- Dlaczego mówisz: „w sercu miecz, znakiem sprzeciwu” Dziecko Boga? (por. Łk 2,34-35)

- Nie pytaj teraz,nie czas, popatrz: Twój Syn, spotkał uczniów, zaczyna iść z nimi drogą. Zeszły się tłumy, słucha Go cała wieś, chromi biegiem wracają do domu.

- Czy to wtedy wzięłaś do ręki nić, pomyślałaś: w tym będzie wyglądał dobrze? Dom cichy. Zresztą nie wiem. Na pewno jednak ktoś czeka przy studni - wieści z ostatnich dni: uczeni mówią, że moc Belzebuba mieszka w Nim, należy Go unikać jak zarazy.

- Gdzie jest Anioł na złotym tle? Niech objawi prawdę! Gdzie są proroctwa? Wyjdźcie! Otwieram Księgę. Jesteście uczniom potrzebne.

- Chciałbym wiedzieć, Maryjo, czy Jezus na ziemi, nazwał Cię kiedyś „Świętą”? Czy Cię zachęcił: Rozjaśniaj świat tym światłem, jakie masz w sercu?

Rzekł Bóg do węża: Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę(Rdz 3,15).
- Co to znaczy nieprzyjaźń?
- To jest droga krzyżowa i śmierć. Ale nie bój się Maryjo! Możesz chodzić wszędzie. Kazałem Aniołom i kwiatom, aby rozwijały dywan przed Tobą.
- A wąż?
- Słowa wyroku zagrodziły mu drogę do Ciebie. Twoje podobieństwo do Mnie, pali go jak ogień, nie wytrzyma Twojej obecności, gdy się pojawisz.

Nie bój się Maryjo! Jesteś pełna łaski i Pan jest z Tobą (por. Łk 1,28-30).

ks. dr hab. Andrzej Kowalczyk

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
90 0.094263792037964